Tajna broń nazistów miała pokonać grawitację

Joanna Lamparska

Poszukiwaczka skarbów, podróżniczka. Autorka wielu książek o Dolnym Śląsku. Napisała m.in. „Zamkowe tajemnice” i „Tajemnicze zakątki. Przewodnik inny niż wszystkie”.

W Ludwikowicach Kłodzkich w czasie II wojny znajdowała się fabryka amunicji. Niektórzy twierdzą, że w jej podziemiach naziści pracowali nad tajną bronią, która miała umożliwić pokonanie grawitacji.

W domu, w którym niegdyś mieszkał Krzysztof Szpakowski, mieści się dzisiaj restauracja. Siedzimy przy niskim stoliku obok kominka, który kiedyś był najważniejszą częścią salonu. Teraz to część sali jadalnej, palenisko służy jedynie jako ozdoba. „Zgadnijcie, jak w tym kominku mogą się zmieścić cztery osoby” – uśmiecha się  Krzysztof Szpakowski. Kominek jest, co prawda, duży, ale żeby mogło się do niego schować tylu ludzi? To niemożliwe. No i po co? Ale Szpakowski nie odpuszcza.

Schowki małe i duże

„W tym kominku zmieści się i piętnastoosobowa grupa. Są w nim specjalne skrytki” – mówi.  Wszyscy jak jeden mąż wstają od stołu i zaczynają obmacywać każdy centymetr obudowy. Naciskamy jej poszczególne elementy – w końcu w filmach przygodowych zawsze jest jakiś magiczny guzik – ale tym razem to nie działa. Krzysztof leniwie wstaje z fotela i odsuwa stojak z pogrzebaczami. Zdecydowanym ruchem chwyta za kamień z obudowy i pod spodem ukazują się… schody.

„Wchodzi się nimi do sali pod podłogą, która mieści kilkanaście osób, a potem można z niej wyjść na zewnątrz budynku specjalnym korytarzem. A tu, z boku kominka, jest wejście do drugiej skrytki, nieco mniejszej. Kolejna skrytka znajduje się w słupku przy schodach. Wystarczy unieść fragment oparcia schodów, żeby włożyć tu coś wąskiego i długiego. Na przykład rulon z obrazami albo dokumenty” – mówi.  Obsługa restauracji nie wytrzymuje i wszyscy zaczynają zaglądać w te tajemnicze miejsca.

„Co pan w nich znalazł?” – pyta kelnerka. „Nic – odpowiada Szpakowski. – Sam je zbudowałem”.

Okazuje się, że ten stary dom tylko wygląda na zabytkowy. Tak naprawdę powstał w latach 90., a jego właściciel spatynował go zgodnie ze swoim gustem. Schowki zbudował „na wszelki wypadek”, bo jak się mieszka w Górach Sowich, pełnych pohitlerowskich podziemi, skrytki wydają się rzeczą niemal banalną. Krzysztof Szpakowski jest zresztą właścicielem największego schowka w tej części Dolnego Śląska. Kilka lat temu kupił gigantyczny podziemny kompleks w masywie Włodarza w Górach Sowich i urządził w nim podziemną trasę turystyczną.

Jest częścią większego systemu podziemi, które pod kryptonimem „Olbrzym” zbudowali w czasie drugiej wojny światowej w tym rejonie naziści. We Włodarzu sztolnie prowadzą do zalanej hali, w której mogłoby się zmieścić około szesnastu domków jednorodzinnych. Mimo że ukryta pod tonami skał pustka robi na każdym wrażenie, badacze przypuszczają, że w okolicy znajdują się jeszcze większe podziemia. Autorzy „Słownika geograficznego Sudetów”,  sztandarowej pozycji o tej części Polski, piszą, że od Włodarza potężniejszy może być kompleks w okolicach Ludwikowic Kłodzkich. Tyle że znana jest tylko jego część naziemna, w której mieściła się fabryka amunicji. To obiekt również związany z „Olbrzymem”, strzegący podobno tajemnic nowoczesnych nazistowskich technologii. Krzysztof Szpakowki postanowił więc pójść na całość i oprócz Włodarza wziął w zarząd jeszcze sześć hektarów wojennych zagadek w  Ludwikowicach.

W Górach Swoich nie brakuje dwóch rzeczy: podziemi i opowieści o skarbach. Takie schowki jak w kominku u Szpakowskiego istniały naprawdę. W pobliskim zamku Grodno we wnętrzu kominka ktoś zbudował niewielką skrytkę maskowaną jedynie cegłą. Kilka miesięcy temu poszukiwacze odnaleźli kolejne podziemia w masywie Sobonia, również należące do projektu „Olbrzym”.

Tajemnice kopalni

Do dzisiaj nie wiadomo, czy Góry Sowie nie kryją jeszcze nieznanych sztolni i hal, drążonych w czasie II wojny światowej. Świadkowie – dawni więźniowie obozu Gross Rosen – zeznają, że w zboczu Włodyki, do której przylegała fabryka amunicji w Ludwikowicach, Niemcy również stworzyli ogromne podziemia. Miały w nich zginąć setki ludzi, do dziś nie jest znany los więźniów obozu męskiego. „Jedna z byłych więźniarek zeznaje, że nieraz widziała pędzonych do tuneli ludzi. Dokładniej nie do tuneli, ale do szybu windy, którym zjeżdżali do podziemi” – pisze Marcin Arciszewski w „Podziemnym świecie Gór Sowich” i dodaje, że bardzo trudno wejść do wnętrza góry. „(…) Rejon ewentualnych wlotów tuneli leży w tzw. gorącej strefie. Chodzi o to, że do dnia dzisiejszego cały masyw Włodyki jest wprost naszpikowany amunicją różnego kalibru i wszelkie prace w tym regionie są zdecydowanie niewskazane”.  Rzeczywiście, saperzy, którzy czyścili ten teren, wywozili ciężarówkami pociski i granaty. Leżały w płytkich dołach ułożone po sześćset sztuk.  

Do 1939 roku w Ludwikowicach Kłodzkich pracowała kopalnia „Wenceslaus”. W lipcu 1930 roku nastąpiła w niej wielka katastrofa, w której zginęło 151 górników. „Wycie syren ze wszystkich pobliskich kopalń oznajmiało o nieszczęściu. Zajeżdżającym drużynom ratowniczym przedstawił się obraz zniszczenia wzbudzający grozę. Ofiary katastrofy leżały pokotem, przeważnie przywalone gruzami” – to fragment ze sprawozdania zarządu kopalni. Prace zostały wstrzymane na trzy lata, ale wkrótce okazało się, że zupełnie się nie opłacają, obawiano się też kolejnego wybuchu gazu.

Po zamknięciu kopalni w jej budynkach została usytuowana fabryka amunicji. Zatrudniono tu część byłych górników oraz więźniów z dwóch obozów pracy. Przebywało w nich łącznie ponad tysiąc sto osób (w zależności od źródeł liczba waha się od tysiąca do tysiąca pięciuset): Polaków, Czechów, Rosjan i Francuzów. Wraz z kobietami z trzeciego, utworzonego wkrótce, obozu pracowali dla należącego do koncernu chemicznego DAG-Alfred Nobel Dynamit Aktien Gesselschaft zakładu Moeltke-Werde.

  • Kategoria: Wojny
  • Data:
  • Źródło:
  • c
Komentarze