Powstanie Warszawskie: 63 dni, 1000 rozstrzelanych dziennie

63 dni, 1000 rozstrzelanych dziennie Forum

Najpierw euforia i nadzieja, potem zwątpienie i strach. Linia frontu powstania warszawskiego przebiegała między tysiącami bezbronnych Polaków. Każdego dnia w egzekucjach ginęło tysiąc niewinnych cywilów.

Wielkie miasto, pełne ludzi umęczonych blisko już pięcioletnią okupacją, w jedno letnie popołudnie stało się polem największej bitwy miejskiej w historii. Żołnierze zo­stali policzeni i z jednej, i z drugiej strony, ale ilu na polu tej bitwy było cywilów, nie wie nikt. Nie sposób tego ustalić, bo od września 1939 r. codziennie ktoś znikał w łapankach, piwni­cach gestapo, transportach do obozów, ulicznych egzekucjach, uciekał na wieś, po prostu wyjeżdżał. Ale też każdego dnia ktoś do miasta przybywał z innych miejscowości Generalne­go Gubernatorstwa, z Rzeszy czy z wojennej tułaczki. Liczba mieszkańców Warszawy zmieniała się więc praktycznie nie­zauważenie dla statystyków (pomijając oczywiście likwidację i powstanie w getcie, które pochłonęły ponad 400 tysięcy ofiar). Tak przedstawia to Główny Urząd Statystyczny: „1 III 1943 r. było 1 009 tys. ludności. Wzmożony terror ze strony okupanta spowodował, że w ostatnim roku okupacji (w lipcu 1944 r.) miasto liczyło tylko 920 tys. ludności". I większość spośród niej to bohaterowie tego artykułu.

EUFORIA

„O dziewiątej i pół przez otwarte okna mojego pokoju w bławej mgiełce po raz pierwszy wśród tej strzelającej ciszy słyszymy wielką ludzką wrzawę. Rozpoznajemy słowa: »Niech żyje...«, a potem ogromny tłumny śpiew »Roty« gdzieś od stro­ny Zbawiciela. Rozpłakałam się" - zanotowała Maria Dąbrow­ska w pierwszych dniach sierpnia. Z pewnością nie tylko ona reagowała w ten sposób. Kiedy na miejskich murach rozplaka­towano odezwę „Polacy!", w której napisano: „Wzywam lud­ność Okręgu Stołecznego do zachowania spokoju i zimnej krwi we współdziałaniu z walczącymi oddziałami..."- właściwie nie trzeba było o tym przypominać mieszkańcom. Euforia jest tak wielka, że „ludność bierze spontaniczny udział we wszyst­kich formach sobie dostępnych, współdziała w zaopatrywaniu żołnierzy, spieszy z informacjami, buduje pierwsze barykady w nocy z 1 na 2 sierpnia" (jak zapisał Władysław Bartoszewski w „1859 dni Warszawy", kronice okupowanego miasta).

Nikt nie odmawia pomocy, między żołnierzami a cywilami zawiązuje się symbioza, której głównym spoiwem jest euforia i brak strachu przed okupantem. Zajęte przez powstańcze od­działy ulice świętują wyzwolenie. Wszyscy są razem. Granica między walczącymi a tymi, którzy z nimi współdziałają, zaciera się. „Mieszkańcy kamienicy, żołnierze pomieszani z cywilami, przebijają dziurę w ścianie piwnicy. W ciągu kilkunastu minut mamy podziemne przejście na podwórko sąsiedniego domu" - tak opisuje kooperację na ulicy Jasnej w pierwszych minutach walki Jan Nowak Jeziorański.

Wanda Przybylska miała w chwili wybuchu powstania 14 lat. W swojej książce „Cząstka mego serca. Pamiętnik z lat wojny" opisała nastrój tamtych chwil. Szczególnych nawet dla tak młodych ludzi, którzy byli jeszcze dziećmi, gdy zaczynała się wojna, a kiedy Warszawa walczyła, zaczynali dorastać. „Pada deszcz. Stoję na balkonie i widzę, jak jakaś kobieta leci. Niesie kilka koszyków pełnych ciastek i bułek. Druga niesie kawę gorącą. To dla żołnierzy. Oni widząc to z daleka zaczynają klaskać".

Ta wolność - dla wielu odzyskana tak niespodziewanie, w ciągu kilku za­ledwie minut - aż zatykała dech w pier­siach. Właściwie czytając relacje z tych pierwszych powstańczych dni, trudno znaleźć taką, z jakiej nie biłby optymizm i która podważałaby sens walki. Można odnieść wrażenie, że każdy, kto poku­siłby się o sceptycyzm, natychmiast zostałby co najmniej zakrzyczany, jeśli nie od razu oskarżony o sianie defetyzmu. Czyli o przestępstwo w czasie wojny porównywane ze zdradą.

Patos przebijał praktycznie z każ­dego zdania powstańczej prasy. „Po­wiew historii idzie ulicami i placami Warszawy. Staje się rzecz wielka, któ­rej echa pójdą w pokolenia całe. Każdy kto dziś walczy, bierze udział w dziele nieśmiertelnym” - donosił „Biuletyn Informacyjny” 2 sierpnia. Jednak na tej euforycznej atmosferze widniała jedna skaza. „W momencie wybuchu powstania wielu ludzi nie było w do­mach, dopiero wracali z pracy, z miasta.

Z tego powodu na przykład w naszych piwnicach na ulicy 6 Sierpnia było bardzo dużo ludzi niemieszkających w tym domu, których powstanie złapało na ulicy. Zostawili bez opieki dzieci, chorych i nie mogli do nich do­trzeć. Była wielka rozpacz z tego powodu” - wspomina w rozmo­wie z wolontariuszem Muzeum Powstania Warszawskiego Aleksan­dra Szulczewska. Musiało to być bardzo silne przeżycie, które utkwiło na długie lata w pamięci ośmioletniej wówczas dziewczynki.

NADZIEJA

Dla takich ludzi najbliższymi przyjaciółmi stawali się najmłodsi - chociaż nie walczący z karabinami, ale jednak powstańcy. Harcerze, któ­rzy obsługiwali pocztę polową.

  • Kategoria: Wojny
  • Data:
  • Źródło:
    • Focus Historia 8/2014
  • c
Komentarze