Niemcy w czasie Powstania Warszawskiego: Ludzka twarz wroga

Karolina Apiecionek

Dziennikarka „Focusa", „Sekretów Nauki", autorka książek „Życie po kolei" i „Mundial '74. Dogrywka". Interesuje się antropologią kulturową oraz historią XX wieku.

Obraz „przyzwoitego Niemca”, który ratuje Polaków w powstaniu warszawskim, utrwalił się nie tylko we wspomnieniach Władysława Szpilmana czy w „Kolumbach…” Romana Bratnego. Ludzką twarz wroga zapamiętali też inni powstańcy.

Stanisław Aronson, podporucznik „Rysiek” z kompanii Kedyw Kolegium A, 10 sierpnia 1944 roku leżał z cekaemem na Okopowej. Od strony cmentarza Niemcy ostrzeliwali Wolę. Odłamek moździerza ranił go w płuca i nogę. Momentalnie stracił przytomność. Obudził się w szpitalu na Starym Mieście przy ulicy Długiej 7. Gdy pod koniec sierpnia upadła Starówka, do lazaretu wkroczyło SS z zamiarem rozstrzelania powstańców. Traf chciał, że na oddziale znajdowali się także Niemcy, którzy zatrzymali esesmanów słowami: „Tu nie ma powstańców, tu są cywile, oni nam życie uratowali”. Podporucznik „Rysiek”, półnagi, opierając się na dwóch miotłach jak na kulach, szczęśliwie opuścił szpital i przedostał się do obozu przejściowego w Pruszkowie. Jego przypadek nie był odosobniony.

Na słowo honoru

Wacław Auleytner, starszy strzelec „Gorayski” z Batalionu „Gustaw”, został ranny 1 sierpnia 1944 roku na ulicy Senatorskiej. Koledzy z oddziału zanieśli go do punktu sanitarnego. Okazało się, że ma strzaskaną łopatkę i wyrwany kawałek żebra. Trafił do Szpitala Maltańskiego przy tejże Senatorskiej, najpierw do gmachu głównego, a następnie do piwnic. 7 sierpnia do środka wdarli się Niemcy z okrzykiem: „Polnische Banditen!”. Jeden wyjął granat. Wtedy siostra oddziałowa Teresa Krassowska błyskawicznie wskoczyła na stołek i spokojnym głosem, po niemiecku, zaczęła mówić: „Tu są chorzy Szpitala Maltańskiego, który ma charakter międzynarodowy, leżą też ranni Niemcy, proszę, aby pozwolono mi przenieść chorych do głównego gmachu, bo tu się wszystko pali”. Żołnierz z granatem zatrzymał się w pół kroku. W tym momencie do sali wszedł niemiecki oficer, który wydał rozkaz wyprowadzenia rannych do gmachu głównego.

Po wyczerpującej drodze Auleytner stracił przytomność. Gdy otworzył oczy, zobaczył nad sobą esesmana, który strzelał przez okno. Jakiś czas później do szpitala przebili się akowcy i Niemcy uciekli. Na nieszczęście wrócili po kilkudziesięciu minutach. Zaczęła się strzelanina nad łóżkami chorych.

„Na tym, że nas nie zlikwidowano, mimo że jednak w tym czasie wszystkie szpitale były likwidowane, zaważyło wstawiennictwo rannych Niemców. Było ich tam około dwudziestu z początku wybuchu powstania; był to szpital wojskowy prowadzony przez kawalerów maltańskich, wobec tego traktowano ich dobrze, zgodnie z konwencją genewską o jeńcach wojennych. Zażądali od dowódcy SS tego odcinka, żeby nie likwidował tego szpitala, żeby nas nie rozstrzeliwano. Dał im słowo honoru i tego dotrzymał” – wyjaśniał historykom Wacław Auleytner.

Oko w oko z wrogiem

W jednej z piwnic na ul. Wilanowskiej wraz z dwoma rannymi kolegami leżał Stanisław Likiernik, kapral podchorąży „Stach” z kompanii Kedyw Kolegium A. Uwagę Niemców, którzy wpadli do piwnicy z zamiarem rozstrzelania powstańców, od razu zwróciły niemieckie buty na nogach chorego. W dłoni sierżanta momentalnie pojawił się rewolwer. W tym momencie jeden z rannych powiedział po niemiecku: „Wszyscy jesteśmy cywilami”. „Jest pan Niemcem?” – padło pytanie. „Nie, ale mówię po niemiecku”.

Gdy okazało się, że w dokumentach rannego Polaka widnieje nazwisko „Burhardt”, atmosfera poprawiła się do tego stopnia, że jeszcze przez trzy dni niemieccy żołnierze przychodzili do Polaków, aby pożalić się na sytuację, w jakiej się znaleźli. Okazało się bowiem, że należą do kompanii karnej. „»Szkoda, że nie jestem Polakiem, bo też bym był partyzantem«. Naturalnie zaprotestowałem: jestem cywilem, a nie żadnym partyzantem. On poklepał mnie tylko po ramieniu i odszedł” – wspominał rozmowę z jednym z nich Stanisław Likiernik. Po akcji na Ogród Saski Henryk Majewicz, starszy saper „Marecki” z batalionu „Kiliński”, wraz z kolegami dostał zadanie wysadzenia niemieckiego bunkra na rogu ulic Królewskiej i Granicznej. Zajęli pozycje w ruinach domu spalonego w 1939 roku po drugiej stronie Granicznej. Szybko okazało się jednak, że w sąsiednim domu stacjonują Niemcy z dwoma lub trzema karabinami maszynowymi.

Henryk Majewicz postanowił powiększyć dziurę w bunkrze, strzelając w pojedyncze cegiełki. Nagle rozległ się krzyk rannego w głowę kolegi: „Chłopaki, pomóżcie mi!”. Majewicz błyskawicznie wyskoczył ze swojego stanowiska, przerzucił rannego przez plecy i zaczął wyciągać go z podwórka. „Myślę, że trafiłem na bardzo przyzwoitego Niemca naprzeciw, bo jak zobaczył, że ktoś wynosi rannego, to nie strzelał” – powiedział po latach.

  • Kategoria: Wojny
  • Data:
  • Źródło:
    • Focus Historia
  • c
Komentarze