Czy Bieruta i Jaruzelskiego podmieniono w ZSRR na... radzieckich agentów sobowtórów?

Bolesław Bierut zginął rzekomo w zamachu przeprowadzonym przez członka antykomunistycznego podziemia. Tego samego dnia jego obowiązki miał przejąć sobowtór wyszkolony przez NKWD.

Opowieści o tzw. matrioszkach można by uznać za fantastykę, gdyby nie potwierdzali ich czołowi politycy PRL.

Zimny lutowy dzień 1947 r. Przed wejściem do Hotelu Francuskiego w Krakowie, gdzie przebywał prezydent Bolesław Bierut, pojawił się nagle mężczyzna w mundurze oficera NKWD. Polscy wartownicy nie zatrzymywali go. Czapka z budzącym grozę malinowym otokiem, pewna mina i dziarski krok gościa spowodowały, że tylko zasalutowali i przepuścili oficera.

Znalazłszy się w obszernym hallu eleganckiego hotelu, mężczyzna czujnie, choć dyskretnie, rozejrzał się dookoła. Na parterze kręciło się sporo osób – urzędnicy, wojskowi, faceci wyglądający na ubeków. Szykowali się do kolejnego dnia pracy w otoczeniu świeżo wybranego przywódcy.

Nagle u szczytu szerokich schodów prowadzących na piętro zrobił się jakiś ruch, dało się słyszeć gwar rozmów. Na dół schodziła grupa osób w garniturach, otaczając zaczesanego do tyłu mężczyznę z wąsem. „To chyba on” – pomyślał człowiek w mundurze NKWD. Starając się przybrać obojętny wyraz twarzy, ruszył powoli w stronę schodów. Gdy znalazł się o parę metrów od grupy oficjeli, nie miał już żadnych wątpliwości, że stoi przed nim właściwy cel. „Teraz!” – wydał sobie w myśli rozkaz. Gwałtownym ruchem wyciągnął z kieszeni pistolet. Ktoś wrzasnął i ochroniarze sięgnęli do kabur, ale było za późno. Gruchnęły strzały i kilkakrotnie trafiony mężczyzna z wąsem runął na podłogę. Zaraz potem padł i zamachowiec, przeszyty pociskami ochroniarzy. Wszystko rozegrało się w ciągu kilku sekund.

Ktoś dopadł do ciała ofiary ataku i po chwili hotel obiegła szokująca wiadomość: „Bierut nie żyje... Zabity w zamachu!”.   

SAMOTNI NAJLEPSZYM CELEM

Zabić kogoś ważnego, ukryć ciało, a na jego miejsce podstawić świetnie wyszkolonego sobowtóra – to niebywała gratka dla każdego wywiadu. Oczywiście jest to piekielnie trudna sztuka, najczęściej w ogóle niewykonalna. Pokusić się o nią mogli tylko prawdziwi mistrzowie tajnych służb.„Bolszewicy zaczęli próby z tego typu agenturą wkrótce po zdobyciu władzy w Rosji w 1917 r. – mówi „Focusowi Historia” historyk dr Lech Kowalski. – Agentów-dublerów używano podczas walki z rosyjską emigracją antybolszewicką. Potem próbowano ich też wykorzystywać m.in. w walce z II Rzecząpospolitą, o czym świadczą archiwa przedwojennego polskiego kontrwywiadu” – dodaje.

Agentów tych nazywano matrioszkami od znanej rosyjskiej zabawki: kolorowej drewnianej baby, która mieści w sobie kilka mniejszych. W czasie walki z Białymi wywiad radziecki wyszukiwał ludzi łudząco podobnych do działaczy organizacji emigranckich. Odpowiednio wyszkolony sobowtór jechał potem na Zachód i czekał na likwidację „swojego” emigranta. Najlepszymi celami byli ludzie samotni, gdyż członkowie rodziny mogliby łatwo wykryć, że „mąż” czy „tatuś” jest fałszywy. Ofiary znikały, a ich miejsce zajmowali dublerzy – większe matrioszki połykały mniejsze. Poznawszy możliwości matrioszek, Stalin podobno zaczął się obawiać w latach 30., że ta diaboliczna metoda może być kiedyś użyta przeciw niemu. Odbiciem tego był popularny dowcip. Beria wpada do gabinetu wodza:  – Towarzyszu Stalin, odkryliśmy, że w Soczi mieszka człowiek dokładnie taki sam jak wy! Te same rysy, włosy, fryzura, wąsy…– Rozstrzelać! – krzyczy Stalin.– Eee… a może wystarczy ogolić?

  • Kategoria: Świat
  • Data:
  • Źródło:
    • Focus Historia 12/2015
  • c
Komentarze