Samoloty? Broń jądrowa? Indie były pierwsze! Przynajmniej według pewnej grupy badaczy

Ostatni lot wimiany

A teraz czas podciąć skrzydła wimanom i rozpalonej czytelniczej wyobraźni. Łatwo zauważyć sprzeczności w przedstawionych powyżej zeznaniach wydawcy. Najpierw twierdzi, że otrzymał manuskrypty, mające „kilka tysięcy lat”, a chwilę później opowiada, że traktat powstał na początku XX w.! Sam zatem przyznaje, że żadnych starych pism nie otrzymał (w Indiach zresztą manuskrypty miewają po kilkaset, nie kilka tysięcy lat). Jest jeszcze druga sprzeczność. Skoro traktat składa się z kilkudziesięciu strof, które można ścisnąć na kilku stronach, to jakim cudem jego dyktowanie zajęło aż pięć lat? Dziwi też fakt, że drugie wydanie traktatu nie wspomina nic o pierwszym. Wydanie z 1973 roku jest oparte na manuskrypcie z biblioteki w mieście Puna. Miał on być opatrzony podpisem człowieka o nazwisku Sharma i datą 9.8.1919. A tak właśnie nazywał się uczeń Shastry’ego, który miał spisać traktat. Mamy winowajcę?

Idźmy (bo już nie „lećmy”) dalej. Strofy oryginalnego traktatu są w rzeczywistości wieloznaczne. Przykładem mogą być cztery pierwsze:
„Z powodu podobieństwa do szybkości [lotu] ptaków [zwie się ją] wimaną”.
„Przełożony zna tajemnice”
„I zna pięć [rzeczy]”
„I wiry”
Josyer uznaje, że pierwsza strofa mówi o samolocie, a druga o pilocie („wiry” to niechybnie wiry powietrzne). Tak rzeczywiście można to rozumieć. Ale przecież równie dobrze da się stworzyć inną interpretację. Wątpliwości nie pozostawia dopiero komentarz Bodhanandy. Tu już omówiono typy wiman i ich wyposażenia. Prawdziwym traktatem o pojazdach jest zatem komentarz Bodhanandy, nie traktat Bharadwadźi. A kim był Bodhananda? Kiedy żył? Skąd się wziął komentarz, skoro na początku XX wieku mistrz Shastry miał podyktować jedynie sam traktat, a nie komentarz do niego? Tego nikt nie raczy wytłumaczyć. Najlogiczniej wydaje się przyjąć, że prawdziwym Bharadwadźą był mistrz Shastry, a komentatorem Bodhanandą – uczeń Shastry’ego Sharma. Dwaj panowie (jeśli pierwszy istniał) stworzyli zatem fałszerstwo, które – dla nadania mu pozorów autentyczności – przyodziali w cechy traktatu sanskryckiego i jego komentarza. Uczynili to, jak w nieprzemyślany sposób przyznał Josyer, na przełomie pierwszej i drugiej dekady XX w., czyli już po lotach braci Wright. Biorąc pod uwagę długość „komentarza Bodhanandy”, możemy się domyślać, dlaczego „dyktowanie” miałoby im zająć parę lat. Co więcej, choć starożytne teksty sanskryckie (te autentyczne) wymieniają kilka osób o imieniu Bharadwadźa, żaden z nich nie wspomina „Wajmanika-śastry”.

Pierwsza miażdżąca krytyka „traktatu” pojawiła się już w 1974 roku. Piątce jej autorów udało się przeprowadzić wywiad z G.V. Sharmą, który potwierdził, że spisał traktat i że powstało kilka kopii, które potem „przedostały się” w kilka miejsc. Czy w ten sposób Sharma sugeruje, że właśnie te kopie trafiły jako „manuskrypty” do bibliotek, gdzie następnie zostały „odkryte” oraz wydane? Przede wszystkim zaś ekipa badaczy przeanalizowała opisy i załączane do tekstu traktatu szkice pod kątem aerodynamiki. Wniosek był prosty: wimany wzbiłyby się w powietrze tylko wtedy, gdyby z kartek, na których je opisano, zrobić papierowe samolociki.

  • Kategoria: Świat
  • Data:
  • Źródło:
  • c
Komentarze