Jak Stalin prowokował wybuch wielkiej wojny?

Andrzej Krajewski

Historyk, publicysta, Autor książek „Między oporem i współpracą” i "Największe wpadki tajnych służb w XX wieku”.

NAJDOSKONALSZY Z ZAMACHÓW NKWD

Na ułożonej przez Stalina liście ludzi przeznaczonych do likwidacji znalazł się też były szef radzieckiego wywiadu (GRU) w Europie Zachodniej Walter Grigorijewicz Kriwicki. W lecie 1937 r. ujawnił się w Paryżu, przekazując zachodnim służbom specjalnym cenne informacje na temat sowieckiej agentury. Tam po raz pierwszy usiłowali go dopaść mordercy z NKWD, ale im umknął, by po kilku miesiącach wraz z żoną i synkiem odnaleźć się w USA. Wkrótce za oceanem stał się gwiazdą mediów. Wspólnie z dziennikarzem Isaakiem Don Levine’em napisał kilka artykułów dla „Saturday Evening Post”, przedstawiających działalność sowieckich tajnych służb. Teksty te wydał potem w książce „In Stalin’s Secret Service”. Ponadto w 1939 r. złożył zeznania przed Komisją Izby Reprezentantów ds. Działalności Antyamerykańskiej, nie wahając się ujawnić prawdy o metodach działania NKWD i popełnionych zbrodniach. Jednak – co najbardziej irytowało Kreml – uciekinier publicznie głosił tezę, że Józef Stalin wkrótce sprzymierzy się z Hitlerem, żeby wywołać wybuch wojny światowej. Nic dziwnego, że na rozkaz Sudopłatowa zaczęli go tropić ludzie z Zarządu Zadań Specjalnych. Po południu 7 maja 1939 r. Kriwicki udał się w Nowym Jorku do restauracji przy 42. ulicy na umówione spotkanie.


„Towarzyszył mi pewien wydawca nowojorskiej gazety związkowej. Kwadrans po naszym przyjściu, przy stoliku obok usiadło trzech mężczyzn. Rozpoznałem jednego z nich. W naszych tajnych służbach używał pseudonimu »Jim«, a naprawdę nazywał się Siergiej Basow” – napisał w jednym z ostatnich artykułów Kriwicki. „Mój znajomy i ja szybko wstaliśmy od stołu, chcąc jak najprędzej wyjść z restauracji, ale Basow złapał mnie przy kasie. Przywitał się ze mną bardzo przyjaźnie. »Czy przyszliście mnie zastrzelić?« – spytałem. »Nie, skąd, to nie jest oficjalne spotkanie. Chcę tylko spokojnie z wami pogadać«” – zaprzeczył tamten. Mimo tego zapewnienia Kriwicki szybkim krokiem poszedł do siedziby wydawnictwa „New York Timesa” i tam czekał do godziny 22, aż przyszło po niego kilku wezwanych telefonicznie przyjaciół. „Jeszcze raz udało mi się ujść z życiem” – zapisał.

Po tym spotkaniu wykupił drogą polisę ubezpieczeniową na życie i ruszył z żoną i synkiem w podróż po USA. Przez dwa lat skutecznie udało mu się umykać tropiącym go mordercom. Aż do wieczora 9 lutego 1941 r., kiedy to zameldował się w Waszyngtonie w hotelu „Bellevue”. Następnego dnia rano jego zwłoki odnalazła pokojówka.

Dziennikarka „The Washington Post” Flora Lewis zapisała, że ciało leżało na łóżku. „Kulę, która przebiła mózg, przechodząc od prawej skroni i wychodząc poniżej lewego ucha – uczyniła tam otwór wielkości sporego ziemniaka – znaleziono w ścianie pokoju hotelowego” – opisała. „Broń, pokryta grubą warstwą zakrzepłej krwi, leżała na podłodze” – informowała Lewis. Prowadzący śledztwo detektyw D. L. Guest uznał, że ma do czynienia z typowym przykładem samobójstwa, zwłaszcza że znaleziono aż trzy listy pożegnalne. Policja nie zwróciła za to uwagi na pytanie postawione przez adwokata Kriwickiego Louisa Waldmana, dlaczego nikt w całym hotelu w czasie nocnej ciszy nie słyszał żadnego wystrzału, a przecież leżący na podłodze pistolet nie miał tłumika.

Śmiercią Kriwickiego na poważnie FBI zajęło się dopiero w 1944 r., gdy dyrektor agencji J. Edgar Hoover zaczął rozumieć, jak perfidne potrafią być sowieckie służby specjalne. Po czterech latach śledztwa udało się nawet wytypować potencjalnego mordercę. Miał nim być Hans Brüsse, zabójca pracujący dla NKWD, który na początku 1941 r. zjawił się w USA. Jednak nigdy nie znaleziono dowodów potwierdzających tę hipotezę. Z drugiej strony w samobójczą śmierć Kriwickiego prawie nikt nie chciał uwierzyć. Podczas jednej z konferencji prasowych adwokat Louis Waldman zacytował słowa swego klienta: „Pewnego dnia, idąc ulicą, natkniesz się na zwłoki człowieka rozjechanego przez samochód. Rozpoznasz w nich Kriwickiego. Powiesz: »Biedak, powinien był bardziej uważać«. I nawet przez myśl ci nie przejdzie, że to oni załatwili mnie w ten sposób. Są na to zbyt sprytni!”.


Zamachy w naszym kraju – dokonane w imię niepodległości – mają długą tradycję. Przekonuje o tym Rafał Górski w swej książce „Polscy zamachowcy”. Przypomina w niej akty terroru, które organizowano już od czasów poprzedzających powstanie styczniowe. Długa lista rozpoczyna się próbą zgładzenia księcia Konstantego, namiestnika Królestwa Polskiego. Miała ona miejsce w Warszawie w 1862 roku. Kończy zaś operacją ze stycznia 1945, gdy w Nowym Sączu wysadzono niemiecki arsenał, który miał posłużyć do zburzenia miasta. Książka odsłania mało znane karty w historii naszej walki o wolność.

  • Kategoria: Świat
  • Data:
  • Źródło:
  • c
Komentarze