Groźny bandyta A. Kiszka

Władze PRL przedstawiały go jako pospolitego bandytę, człowieka niewartego szacunku. Ale poszukiwały go z wielką energią – jeden z ostatnich antykomunistycznych partyzantów wodził je za nos przez kilkanaście lat

Mała miejscowość wśród lasów na Pomorzu Zachodnim, z dala od głównych dróg i linii kolejowych. Przed niewielkim, pomalowanym na żółty kolor domkiem stoi starszy mężczyzna w kowbojskim kapeluszu. Taksuje wzrokiem przybysza. – Mało zmienił się Pan, choć minęło niemal pół wieku. Ten sam sposób trzymania głowy, włosy tak samo opadają na czoło. Nawet patrzy Pan tak jak wtedy – powiedziałem, wspominając starą fotografię sprzed 47 lat.

CZŁOWIEK Z FOTOGRAFII


Ten sam mężczyzna, tyle, że młodszy; stoi na pierwszym planie, z rękami do tyłu, skuty kajdankami; ubrany w podniszczoną marynarkę, u jego stóp leży skrzynka. Nie patrzy w obiektyw. Obok niego, zasłaniając sobie twarz, klęczy milicjant w kombinezonie i hełmie, jedną ręką trzyma skutego za nogawkę grubych spodni. Z prawej strony widać mężczyznę w kożuchu do ziemi, z piersi zwisa mu pistolet maszynowy. W tle sosenki, niektóre jakby wyrwane z ziemi. Spośród nich wyłania się głowa cywila z latarką w dłoni. Inny cywil, ubrany w jesionkę, spodnie wpuszczone w skarpety wywinięte na buty, ma wyraźnie zadowoloną twarz; pod nią niecodzienna w tej scenerii biała koszula i krawat. W kadrze nie zmieścił się pies, widać jego nogi.

Zdjęcie zrobił milicyjny fotograf przy pomocy lampy błyskowej – był wieczór, 30 grudnia 1961 r., Lasy Janowskie, Lubelszczyzna. Mężczyzna na zdjęciu to Andrzej Kiszka „Dąb”. Miał wtedy 39 lat; w partyzantce od 1942 r., w oddziałach antykomunistycznych od 1945 r. Ukrywał się w leśnym bunkrze od 1953 r.

– Zostałem wydany, bo sami by mnie nie znaleźli – mówi Kiszka. Rozkłada na stole dokumenty, książki, fotografie. Jest maj 2008 r.

– Śniegu wtedy było nawalone z pół metra. Słyszałem w bunkrze, jak nade mną chodzą, potem jak odgarniają śnieg i rozbijają zmarzniętą ziemię. Szmatami umoczonymi w nafcie zatkałem oba wywietrzniki, żeby psy nie wyczuły i czekałem. Miałem pepeszę, pistolet Vis, granaty, niby mogłem się bronić, ale nie było żadnych szans. Kiedy otworzyli właz, wyszedłem i się poddałem. Od razu schwycili mnie za ręce i skuli. Zawieźli najpierw do Biłgoraja, tam spisali wszystko, co było w bunkrze, i jeszcze tej samej nocy powieźli mnie do Lublina.

Jeden z eskortujących go ubowców powiedział: „Kiszka, nie bój się, teraz już nie biją i do Rosji nie pojedziesz”. Śledztwo trwało pół roku. – Chodziło im o broń – mówi Kiszka. „Pokaż, gdzie jest schowana broń, to będziesz traktowany jak polityczny, a jak nie, to jak zwykły bandyta”.

Andrzej Kiszka (urodzony w 1922 roku) mieszkał wraz z rodzicami i dwoma braćmi w wiosce Maziarnia, na skraju Lasów Janowskich. Kiszkowie mieli tam gospodarstwo. W 1941 roku wstąpił do Batalionów Chłopskich, ale zrezygnował, bo – jak twierdzi – w BCh „był bałagan”. Przeszedł do Armii Krajowej, w której „był porządek”. Młodzi chłopcy dostarczali żywność i broń do partyzanckiego oddziału Narodowego Zjednoczenia Wojskowego (prawicowego ugrupowania później scalonego z AK) majora Franciszka Przysiężniaka „Ojca Jana”. Po wielkich pacyfikacjach Lasów Janowskich przez Niemców w 1943 i 1944 r., Kiszka wstąpił do oddziału „Ojca Jana”. – Polityką się nie interesowałem – zaznacza.

W lipcu 1944 r., kiedy Lubelszczyznę zajęła armia sowiecka wraz z wojskami Berlinga, Kiszka ujawnił się i na polecenie szefa miejscowej placówki Armii Krajowej wstąpił do milicji. W listopadzie 1944 roku dowiedział się, że do leśnych wiosek ma przybyć ekspedycja NKWD, aby aresztować AK-owców oraz wrogów „władzy ludowej”. Zawiadomił komendanta placówki oraz zagrożonych aresztowaniem i wraz z 2 kolegami z oddziału „Ojca Jana” zdezerterował z posterunku MO, zabierając ręczny karabin maszynowy. Wieczorem przyjechało NKWD i aresztowało ludzi, posługując się gotowymi listami. Wywieziono wszystkich na Sybir.

OMOTANI PRZEZ AGENTÓW

  • Kategoria: Świat
  • Data:
  • Źródło:
  • c
Komentarze