„Frankenstein” nie jest historią wyssaną z palca. Oto straszna prawda

Adam Węgłowski

Miłośnik antyku, dziennikarz, wieloletni redaktor „Metropolu”.



Potencjalne związki śląskiego grodu z powieścią Shelley zauważono już dawno temu. Stanisław Grochociński, znawca dziejów miasta i przewodnik, przytacza na to dowód. – W okresie dwudziestolecia międzywojennego nakręcono na miejscowym zamku film o Frankensteinie – przekazuje zaskakującą informację. Jak się okazuje, w owym czasie mieszkańcy opowiadali o terroryzującej miasto przerażającej kreaturze, czyhającej na ludzi. Czy była ona tylko efektem kręconego na zamku horroru? – Przypuszczam, że legenda krążyła już wcześniej i była znana twórcom filmu – mówi Stanisław Grochociński.

Jedno jest pewne. Aferę ze śląskiego miasta i Wiktora Frankensteina łączy wykorzystywanie ludzkich zwłok, prowadzące do tragicznego finału. Mogło to być jakąś inspiracją dla Shelley, o ile tę historię w ogóle poznała. Z artykułem w „Newe Zeyttung” raczej nie miała szansy się zetknąć. Ale zwolennicy „ząbkowickiej teorii” mają inny punkt zaczepienia. Uważają, że o trucicielskiej aferze mógł kiedyś czytać John Polidori, interesujący się tą tematyką. Może wspomniał o niej przy lekturze „Upiornych opowieści” w willi Diodati? Dowodów brak.

Jednak do czego innego może nawiązywać słowo „frankenstein”, jeśli nie do jakiejś nazwy własnej? Po niemiecku znaczy ono „kamień Franków” czy też „kamień Frankonii”. Jeśli przyjąć, że Shelley lubiła bawić się rebusami, można się zastanawiać, na ile niemieckie „frankenstein” mogło się jej kojarzyć z francuskim „franc-macon”, czyli „wolnomularz”. Wszak Wiktor Frankenstein to wolnomyśliciel, rewolucjonista mieszkający w Szwajcarii, czyli na styku Niemiec i Francji. Na dodatek studiował na uniwersytecie w Ingolstadt, gdzie w 1776 r. powstał radykalny Zakon Iluminatów, założony przez profesora Adama Weishaupta. Co więcej, ulubioną lekturą Percy’ego Shelleya była „Historya Jakobinizmu” francuskiego jezuity Augustina Barruela. Wiele miejsca poświęcono w niej właśnie iluminatom (niektórzy twierdzą, że Percy nawet należał do tego stowarzyszenia). To dzieło absolutnie niezwykłe. Mając je przed oczami, człowiek już rozumie, jakim cudem mogły powstać najdziwaczniejsze historie spiskowe, łączące masonów, templariuszy, Żydów, okultystów etc.

Barruel pisze o „potworze”, powołanym do życia przez iluminatów z Ingolstadt. To oczywiście metafora rewolucyjnych i krwawych przemian w Europie. Może była to też inspiracja dla Mary Shelley? Ingolstadt, oświecenie, rewolucja, wolna myśl – to wszystko do siebie pasuje. Nawet jeśli odrzucimy podobieństwo słowa „frankenstein” do „franc-macon”, mamy inny, podobny punkt zaczepienia. Nazwisko bohatera Shelley może nawiązywać do Benjamina Franklina – osiemnastowiecznego amerykańskiego polityka (znanego ze studolarówek), badacza zjawisk elektrycznych, wynalazcy piorunochronu i wolnomularza! Czyżby więc nazwisko Frankensteina miało być ukłonem w stronę masonerii? To podejrzenie, które nie jest pozbawione podstaw.

  • Kategoria: Świat
  • Data:
  • Źródło:
  • c
Komentarze