„Frankenstein” nie jest historią wyssaną z palca. Oto straszna prawda

Adam Węgłowski

Miłośnik antyku, dziennikarz, wieloletni redaktor „Metropolu”.

Jak powstawała jedna z najsłynniejszych powieści grozy?

Słynna, wydana 190 lat temu, powieść Mary Shelley o potworze, tak jak i on sam, pozszywana została ze strzępów. Tyle, że nie ludzkich ciał, ale prawdziwych historii i tajemnic. Ich ślady prowadzą przez angielskie salony, niemieckie zamki i śląskie cmentarze. Wśród burz, popiołów, płonących stosów i przecinających niebo błyskawic. Kiedy autorka zaczynała pracę nad swym dziełem, miała zaledwie dziewiętnaście lat. Skąd wzięła się jej wena? Co najbardziej ją zainspirowało? Czy Mary poznała pierwowzór swego bohatera?

SEKRET PIERWSZY: WOLNA MIŁOŚĆ I ROK BEZ LATA

„Frankenstein, czyli nowoczesny Prometeusz” – taki jest pełny tytuł dzieła Shelley. Prometeusz od razu kojarzy się nam z ogniem. I faktycznie, książka nigdy by nie powstała, gdyby nie żar. Buntowniczej miłości i szalejącego wulkanu. Czy można wyobrazić sobie dwie bardziej porażające siły? Szczególnie w epoce, gdy w Europejczykach rozbudziła się romantyczna natura?

Wszystko zaczęło się od związku osiemnastowiecznej feministki Mary Wollstonecraft oraz filozofa rewolucjonisty Williama Godwina. W 1797 r. urodziła im się córka. Niestety, jedenaście dni później matka zmarła wskutek komplikacji poporodowych. Ale osieroconej córce pozostało po niej nie tylko imię. Jak się okazało, Mary Godwin (późniejsza Shelley) odziedziczyła po matce liczne talenty i zainteresowania. Dzięki swym książkom miała błyskawicznie trafić do grona najlepszych ówczesnych angielskich autorek. Takich jak Ann Radcliffe – twórczyni bliskiej „Frankensteinowi” powieści gotyckiej – oraz Jane Austen, znanej z książek obyczajowych, których intrygi oscylowały wokół tematu korzystnego zamążpójścia i miłosnych pułapek, czyhających na młode damy. Jednak to, o czym ze zgrozą pisała Austen, było doprawdy niczym w porównaniu z tym, co na własnej skórze i na własne życzenie przeżyła panna Mary Godwin. Miała za nic konwenanse. W wieku 17 lat uciekła z już żonatym i „dzieciatym” poetą Percym Shelleyem. Wyjechali w podróż po Europie. Zwiedzali Francję, Szwajcarię, Niemcy i Holandię. Efektem eskapady było nieślubne dziecko. W 1816 r. para buntowników powtórzyła wspólny wyjazd na kontynent, tym razem wpadając z wizytą do szwajcarskiej willi poznanego właśnie króla poetów – lorda Byrona.

  • Kategoria: Świat
  • Data:
  • Źródło:
  • c
Komentarze