Biada zwyciężonym. Europa wyglądałaby zupełnie inaczej gdyby nie...

Kazimierz Pytko

Reportażysta, podróżnik. Współpracownik "Focusa" i "Focusa Historii". Laureat Nagrody Kisiela.

W 46 r. p.n.e. ostatni wielki wódz Galów Wercyngetoryks oddał się w ręce Cezara. Pojechał do swego pogromcy, zsiadł z konia, zdjął zbroję, rzucił miecz i padł na kolana. Fot. British Museum

ZA GÓRAMI, ZA ALPAMI

Galia Przedalpejska była jedynie niewielkim skrawkiem celtyckich włości graniczących z coraz bardziej ekspansywnym mocarstwem. Bezkresne przestrzenie dzisiejszej Francji, Belgii, Szwajcarii, południowych Niemiec zamieszkiwało ponad 300 galijskich plemion. Rzymianie mieli mgliste pojęcie o tej potędze nazywanej ogólnie Celtyką lub Galią Zaalpejską i nie postrzegali jej jako zagrożenia. Bo każdy z galijskich ludów był niebezpieczny, ale głównie dla swoich – też galijskich – sąsiadów.

Celtowie nie tworzyli bowiem państwa. Każde plemię rządziło się samodzielnie, nie uznawało nad sobą żadnego pana. Władza wybieranych królów była iluzoryczna i systematycznie słabła. Rządzili lokalni wodzowie i rodowa arystokracja. Jedyną ponadplemienną instytucją byli druidzi, ale ich zadania sprowadzały się do interpretowania znaków od bogów, wróżenia, składania ofiar, przekazywania wiedzy i tradycji. Na poczynania świeckich watażków nie mieli większego wpływu. Druidzi tworzyli mistyczne bractwo, które raz w roku zbierało się w kraju Karnutów, uważanym za centrum Galii. Tam odprawiali magiczne obrzędy, odbywali sądy i wybierali najwyższego, najbardziej szanowanego kapłana. Po powrocie każdy służył lojalnie swojemu plemieniu.

Celtowie zza Alp pożądliwym okiem patrzyli na rzymskie bogactwa, ale tragiczny los Senonów i innych plemion z północnej Italii skutecznie odstraszał ich od myśli o zbrojnych wyprawach. Zadowalali się kupowaniem wina i innych dóbr za pośrednictwem kupców z niegdyś greckiej kolonii, a obecnie niezależnej republiki Massalii (dzisiejszej Marsylii). Konfliktu jednak nie uniknęli.

ŁATWIEJ ZAPROSIĆ  NIŻ WYPROSIĆ

Celtów wplątał w wojnę tubylczy lud Ligurów, który łupił marsylskich kupców. Atakowani bronili się sami, ale z czasem zaczęło im brakować sił i ochoty do walki. Zwrócili się o pomoc do Rzymian. W 125 r. p.n.e. konsul Flawiusz Flakkus przeprawił się przez Alpy, obszedł Ligurów od północy i rozgromił. Nie uszło to uwadze galijskiego plemienia Eduów, na które z podobną regularnością napadali pobratymcy z plemienia Allobrogów. Eduowie wykoncypowali, że jeśli Rzymianie pomogli Marsylczykom, to warto też zaprzyjaźnić się z mocarstwem zza Alp i w zamian za informacje o sytuacji w nieznanych mu krainach, uzyskać podobną pomoc. Oferta została przyjęta.

Dalsza historia miała się już toczyć zgodnie z zasadą, że obce wojska łatwo się zaprasza, ale trudno wyprasza. Rzymianie wkroczyli na ziemie Allobrogów i opanowali terytorium sięgające aż po dzisiejszą Genewę. Gdy pobici otrząsnęli się z szoku, zawiązali sojusz z najpotężniejszym wówczas plemieniem galijskim: Arwernami. Połączone siły poprowadził do wielkiej bitwy u zbiegu Rodanu i Izery król Arwernów Bituitus. Został pokonany i wysłany w kajdanach do Rzymu.

A legiony, po udzieleniu „bratniej pomocy” Eduom, już się nie wycofały. Na zajętych ziemiach Rzymianie założyli stanice i osady wojskowe, największą nazwali Narbo (dzisiejsza Narbona). Gdy okrzepli, cały kontrolowany obszar przyłączyli do swego państwa jako nową prowincję – Galię Narbońską.

Sprowadzając Rzymian Eduowie nie zdawali sobie sprawy, że wydają wyrok na siebie i wszystkich Celtów z kontynentalnej Europy. Alpy stanowiły bowiem naturalną zaporę, której sforsowanie mogło przekroczyć możliwości nawet najpotężniejszego imperium. Teraz gdy oddano mu rozległy przyczółek, droga do dalszej ekspansji stanęła otworem. Miał ją poprowadzić Juliusz Cezar. Choć Galowie zjednoczyli się pod wodzą Wercyngetoryksa i dzielnie walczyli, Rzymianie ich rozbili [czytaj: Cezar kontra Wercyngetoryks].

Tak zakończyły się tysiącletnie dzieje Celtów na kontynencie europejskim. Mogli zniszczyć Rzym, nim stał się imperium. Historia potoczyła się inaczej. To ich ostatniego wielkiego wodza Wercyngetoryksa przewieziono do Wiecznego Miasta. Podczas triumfalnej parady Cezara w 46 r. p.n.e. poprowadzono go w łańcuchach. Rzymianie mogli napawać się zemstą, wykrzykując słowa, które ponad 300 lat wcześniej usłyszeli od innego galijskiego wodza: „Biada zwyciężonym”. I tylko w komiksach o Asteriksie Galowie wciąż są pogromcami Rzymian.

  • Kategoria: Świat
  • Data:
  • Źródło:
    • Focus Historia 4/2016
  • c
Komentarze