8 czynników, które zagrażają bezpieczeństwu świata

Kazimierz Pytko

Reportażysta, podróżnik. Współpracownik "Focusa" i "Focusa Historii". Laureat Nagrody Kisiela.

Symbolem obecnej bezradności demokratycznego świata wobec brutalnych lokalnych watażków stała się sytuacja w rozdartej wojnami, głodującej Somalii. Nawet Amerykanie nie mogli sobie tam dać rady, o czym świadczył oparty na faktach film „Helikopter w ogniu”. Fot. Forum

Zamachy terrorystyczne, wojny, miliony uchodźców, wydłużająca się lista krajów, do których lepiej nie wyjeżdżać na wakacje... Świat staje się coraz bardziej niebezpieczny. A przecież po upadku ZSRR miało być zupełnie inaczej! Co stanęło temu na przeszkodzie?

8 grudnia 1991 r. prezydenci Rosji, Ukrainy i Białorusi podpisali układ o rozwiązaniu ZSRR. Zgoda Moskwy na pokojowy demontaż budowanego od wieków imperium otwierała zupełnie nowy rozdział w historii. Zwłaszcza że ekipa Jelcyna opowiadała się jednoznacznie za demokracją i gospodarką wolnorynkową, więc znikał zimnowojenny podział świata na dwa wrogie obozy.

Dlatego amerykański politolog Francis Fukuyama wieszczył w 1992 r., że wraz z zakończeniem zimnej wojny skończyła się historia. Jego zdaniem ludzie jako istoty racjonalne wreszcie zrozumieli, że nic nie zapewni im większego dobrobytu i bezpieczeństwa niż liberalna demokracja. To była jedna z najbardziej optymistycznych wizji przyszłości [czytaj obok: Iluzja lat 90.]. Dzisiaj Francis Fukuyama przyznaje, że się pospieszył i tezę o końcu historii sformułował przedwcześnie. „Czekają nas trudne czasy” – pisze wręcz w swojej najnowszej książce, zatytułowanej „Ład polityczny i polityczny regres”.

Bo choć od roku 1989 świat się raczej demokratyzuje, to dwóch z pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ – Chin i Rosji – do liberalnych demokracji zaliczyć nie można! Bez najludniejszego i największego państwa świata optymistyczna wizja Fukuyamy straciła sens. Z kolei USA coraz gorzej wywiązują się z roli „żandarma” światowego porządku...

ZAGROŻENIE 1. DŻIHAD KONTRA MCŚWIAT

Przy spadku roli Kremla, jako jedyne już światowe supermocarstwo, Amerykanie interweniowali w Iraku (1991), Somalii (1992), na Haiti (1994) i w Jugosławii (1999). Jednak zamachy z 11 września 2001 r. pokazały, że i oni mają słabe strony. Wprawdzie Waszyngton zmontował globalną koalicję, która uderzyła na bastiony Al-Kaidy w Afganistanie, a dwa lata później wojska amerykańskie ponownie wkroczyły do Iraku i obaliły reżim Saddama Husajna, ale oba te kraje nie stały się zalążkami demokracji w świecie islamu. Nie podważyły tym samym teorii amerykańskiego politologa Benjamina Barbera, że tym, czym dla  XX w. był konflikt Wschód–Zachód, dla nowego stulecia będzie starcie sił określanych jako „Dżihad” (wojujący islam, a szerzej: nacjonalizm i fanatyzm) oraz „McŚwiat” (czyli liberalna demokracja, globalizacja itd.).

Co więcej, na północy Iraku zamiast demokracji wyrosło skrajnie fana-tyczne, terrorystyczne Państwo Islamskie. Lepiej zorganizowane i znacznie groźniejsze od Al-Kaidy.

Na ten konflikt nakłada się jeszcze jeden: o rolę Kremla w nowym świecie. Wspomniany Fukuyama, przyznając się do błędu, w swych najnowszych analizach wyjaśnia, że jego optymizm był przedwczesny nie z powodu terrorystów czy islamistów, lecz właśnie Rosji! Wszystko według niego potoczyłoby się inaczej, gdyby władze na Kremlu kontynuowały politykę zbliżenia z Zachodem.

  • Kategoria: Świat
  • Data:
  • Źródło:
    • Focus Historia 3/2016
  • c
Komentarze