Ta kobieta jako pierwsza Europejka stanęłą "na dachu świata". Ostatnie wejście Wandy

Lata 70. XX wieku. Wanda Rutkiewicz w swoim warszawskim mieszkaniu. O upartej polskiej himalaistce świat usłyszał w 1975 roku, po zdobyciu przez nią wraz z Alison Chadwick-Onyszkiewicz, Januszem Onyszkiewiczem i Krzysztofem Zdzitowieckim dziewiczego Gaszerbrum III (7946 m n.p.m.) Fot. Forum

12 maja 1992 r. ostatni raz widziano Wandę Rutkiewicz. Mimo piekielnie trudnych warunków atmosferycznych i wycieńczenia Polka ruszyła na szczyt góry Kanczendzonga, o której mówiono, że bogowie nie chcą, aby zdobyła ją kobieta

To była trzecia próba Rutkiewicz zmierzenia się ze świętym masywem Kanczendzongi. Wiedziała, że kolejnej szansy może już nie dostać. Dobiegała pięćdziesiątki, miała kontuzjowaną nogę. Ale przede wszystkim nie chciała tu więcej wracać. Wanda Rutkiewicz czuła, że to miejsce nie jest dla niej przyjazne. Mimo to była zdeterminowana, aby spełnić marzenie.

Na magicznej wysokości ośmiu tysięcy metrów zaciera się granica między ziemią a niebem. To kraina bezwonnego rozrzedzonego powietrza, kosmicznego niemal mrozu, huraganowych wiatrów. Miejsce, gdzie ciało znajduje się na krawędzi fizycznych możliwości, a umysł nawiedzają halucynacje. Nietrudno wtedy o przeżycia mistyczne, jeszcze łatwiej o szaleństwo i śmierć. Nic zatem dziwnego, że według tybetańskich i hinduskich legend wyżyny te zamieszkują bogowie. Potężne ściany granitu i lodu mają być ich tronami.

Pięć Skarbnic Wielkiego Śniegu

Kanczendzonga to pięć szczytów połączonych w jeden imponujący masyw, wznoszący się na granicy Nepalu i zielonych dolin Sikkimu, prowincji Indii. Najwyższy z nich jest trzecim pod względem wysokości szczytem Ziemi – liczy 8586 metrów. W języku tybetańskim skomplikowana nazwa góry oznacza „Pięć Skarbnic Wielkiego Śniegu”. Odnosi się to najpewniej do pięciu lodowców spływających ze zboczy, chociaż według buddyjskich wierzeń chodzi o zupełnie inne skarby. Mieszkańcy Sikkimu twierdzą, że himalajski gigant kryje w swoich jaskiniach między innymi święte księgi, tak zwane termy, które złożył tam założyciel tybetańskiego buddyzmu Padmasambhawa (jedną z takich właśnie świętych ksiąg jest odnaleziona w XIV wieku słynna „Tybetańska Księga Umarłych”). Aby zatem uszanować wierzenia tubylców i nie zakłócać spokoju zamieszkujących szczyt bogów, pierwsi zdobywcy Kanczendzongi, uczestnicy brytyjskiej wyprawy z 1955 r.,nie weszli na sam jej wierzchołek. Również następne ekspedycje – na ogół na prośbę miejscowych władz – zatrzymywały się dwa metry przed szczytem.

Nepalczycy utrzymują ponadto, że bogowie wyraźnie nie życzą sobie, aby na ich górę wspinała się kobieta. Byłaby to zniewaga i profanacja sanktuarium. Coś w tym chyba musiało być, ponieważ w roku 1992, kiedy Wanda Rutkiewicz po raz trzeci w życiu znalazła się u podnóża masywu, żadnej kobiecie (w tym także jej samej) nie udało się jeszcze pokonać tego lodowego olbrzyma. Na zboczach góry straciło życie niemało himalaistek, w wielu przypadkach ich ciał nigdy nie odnaleziono. Dlatego nawet pośród wspinaczy mówi się o górze, „która nie lubi kobiet”.

Ale Wanda Rutkiewicz nie należała do osób, które łatwo można by zniechęcić czy nastraszyć. Wprost przeciwnie – uwielbiała wyzwania. No i od wielu już lat była prawdziwą gwiazdą światowego himalaizmu. Słynęła nie tylko ze swych umiejętności technicznych, lecz również z determinacji i brawury. A zatem kto, jeśli nie ta „twarda baba” z socjalistycznej Polski, miał odczarować wreszcie ponurą legendę Kanczendzongi?

Utalentowana egoistka

Wydaje się wręcz stworzona do wysokogórskiej wspinaczki. Drobna, lekka, silna, a przy tym pewna siebie, uparta i przebojowa. Te cechy charakteru przysparzają jej wielu wrogów, zarówno w kraju, jak i za granicą, ale bez nich trudno byłoby uzyskać tak wiele w tak wymagającej dyscyplinie.

Komentarze