Legenda tyranobójców. Czy władcę można zabić?

Kazimierz Pytko

Reportażysta, podróżnik. Współpracownik "Focusa" i "Focusa Historii". Laureat Nagrody Kisiela.

NAWET SWOBODNIE NARZEKAĆ NIE MOGĄ

„Tyranem jest każdy władca, który narusza prawo religijne (...) wiedziony chciwością i okrucieństwem zagarnia własność innych… skazuje na wygnanie zacnych poddanych, a pozostałych gnębi żądaniami nowych danin, wzniecaniem kłótni i ciągłymi wojnami, żeby nie mogli się zjednoczyć… Tyran słusznie
obawia się, że ci, których niewoli, zrzucą go z tronu… Dlatego zakazuje ludziom wspólnego obradowania, odbiera im prawo przemawiania i słuchania, tak że nawet swobodnie narzekać nie mogą” – pisał w 1599 r. w rozprawie „De Rege et Regis Institutione” (O królu i ustanowieniu króla) hiszpański jezuita Juan de Mariana. Swoje rozważania spuentował stwierdzeniem, że „władca, który zawładnął państwem siłą i bezprawnie, może być zabity przez kogokolwiek”. To nie były już teoretyczne dywagacje scholastyków, lecz nawoływanie do królobójstwa. Mariana nie ukrywał, że o to mu chodzi. Napisał książkę, by bronić „wieczystej ozdoby Francji”, jak nazwał dominikanina Jacques’a Clémenta, który 31 lipca 1589 r. zasztyletował dobrze nad Wisłą znanego francuskiego króla Henryka III Walezego.

22-letni mnich zdecydował się na złamanie piątego przykazania Dekalogu po zawarciu przez Walezego przymierza z przywódcą hugenotów (francuskich protestantów) Henrykiem z Nawarry, za co papież Sykstus V ekskomunikował monarchę. Clément został zabity na miejscu przez ochronę króla, jego ciało poćwiartowano i spalono. Juan de Mariana uważał go za męczennika i całkowicie rozgrzeszał.

BY CZUŁ, ŻE UMIERA

Henryk III zmarł bezpotomnie i zgodnie z obowiązującym prawem pierwszy w kolejności do objęcia po nim tronu był... przywódca protestantów Henryk z Nawarry. Jako „heretyk” nie miał jednak szans na koronę katolickiej Francji, więc uznał, że „Paryż wart jest mszy”. Zmienił wyznanie i objął władzę jako Henryk IV. Radykalni katolicy powątpiewali w szczerość jego nawrócenia.

Wątpliwości zmieniły się w pewność, gdy udzielił zbrojnej pomocy protestanckim Holendrom próbującym się uwolnić spod władzy katolickiej Hiszpanii. I znów na scenę wkroczył człowiek uważający się za narzędzie Boga. Nauczyciel François Ravaillac był mistykiem, doznawał wizji, chciał wstąpić do zakonu jezuitów, ale go nie przyjęto. Do – jak to określał – „uwolnienia Francji od heretyckiego króla tyrana” przygotował się przez posty i modlitwy. 14 maja 1610 r. stanął na skrzyżowaniu paryskich ulic i czekał na królewską karetę. Gdy powóz zwolnił, wskoczył na stopień i zadał władcy kilka ciosów nożem. Ujęty przez straże został poddany brutalnym torturom. Podejrzewano, że nie działał sam, a jego mocodawcami byli jezuici. Gromy posypały się zwłaszcza na Juana de Marianę uznanego za inspiratora zbrodni. Parlament kazał publicznie spalić jego wywrotową książkę. Ravaillaca skazano na karę śmierci wykonaną tak, by „czuł, że umiera”. Dłoń, którą podniósł na króla, zanurzono w rozpalonej siarce. Kat cęgami wyrywał mu kawałki ciała. Na koniec rozerwano go końmi, a szczątki rzucono w tłum, który tak je zmasakrował, że do
grobu złożono już tylko połamane kości i zakrwawioną koszulę.

Komentarze