Gino Bartali: Kurier, który ratował Żydów od zagłady

"Nie chcę pozować na bohatera. Bohaterami byli ci, którzy zginęli, zostali ranni albo spędzili wiele miesięcy w więzieniu" - Gino Bartali w 1978 roku.

Legendarny włoski kolarz Gino Bartali przez dziesiątki lat ukrywał fakt, że podczas II wojny światowej pomógł uratować kilkuset Żydów. Klucz do ich ocalenia stanowiła… rama jego roweru.

Przez życie przejechał na dwóch kółkach. Pochodzący spod Florencji Gino Bartali swój pierwszy wyścig Giro d’Italia wygrał w 1936 r. Miał wtedy 22 lata i był u szczytu kolarskiej formy. Gdy  w 1948 r. zwyciężał po raz drugi w słynnym Tour de France, należał do grona najstarszych zawodników i powoli żegnał się ze sportem. Najlepszy okres zabrała mu wojna. Ale to właśnie podczas niej wykazał się hartem i odwagą, godnymi najwyższego podium. Jako kurier, przewożąc w ramie i kierownicy roweru dokumenty i pieniądze, ocalił życie ponad ośmiuset Żydom. Pośmiertnie otrzymał tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.

JAK KOLARZ URATOWAŁ WŁOCHY

Bartali urodził się w 1914 r. w biednej rodzinie w miejscowości Ponte a Ema pod Florencją. Ojciec był murarzem, kładł fundamenty. Matka najmowała się do robót domowych i dorabiała koronczarstwem. We wsi mógł zaliczyć tylko pięć klas, więc gdy obowiązkowa edukacja została wydłużona do 6 lat, musiał codziennie dojeżdżać do Florencji. Rodzice, którym niełatwo było związać koniec z końcem, zdecydowali, że najtaniej będzie sprawić synowi używany rower. Tak spełniły się jego sekretne marzenia. Choć do szkoły miał nie więcej niż 6 km, codziennie pedałował od 25 do 30. W niedziele ścigał się z kolegami, z reguły robili po 80 km. A w wolnych chwilach zaglądał do warsztatów rowerowych, gdzie zresztą po skończeniu podstawówki rozpoczął pracę. To ich właściciel – zawodowy szosowiec Oskar Casamonti – pierwszy odkrył talent drzemiący w Bartalim. Po wspólnym liczącym 90 km treningu zorientował się, że ma do czynienia z przyszłym mistrzem. Tak zaczęła się wielka kariera Gina.

Ścigał się do czterdziestki. Trzy razy – w 1936, 1937 i w 1946 r. – wygrał wyścig Giro d’Italia. Dwa razy był też najlepszy w Tour de France: w 1938 i 1948 r. Ten drugi wyścig odbił się szerokim echem w historii Włoch. Kraj, który od 1940 do 1943 r. walczył po stronie hitlerowskich Niemiec, z trudem odbudowywał międzynarodowy prestiż. Niestabilna była też sytuacja wewnętrzna. Spolaryzowanym Włochom groziła wojna domowa.

Napięcie osiągnęło kulminacyjny punkt 14 lipca, kiedy to doszło do zamachu na li-dera Włoskiej Partii Komunistycznej – Palmiro Togliattiego. Gdy wychodził z budynku parlamentu, został postrzelony w szyję przez studenta antykomunistę. Tej nocy sam prezydent Włoch Alcide de Gasperi zadzwonił do Bartalego (z którym znali się z ruchu świec-kich katolików Akcja Katolicka) i poprosił go, aby wygrał Tour. „Jesteś bardzo popularny, twoje zwycięstwo może złagodzić nastroje” – tłumaczył. Osłupiały kolarz obiecał, że da z siebie wszystko.

Słowa dotrzymał. Choć startował z przydomkiem „starego” (34 lata to dla kolarza nie przelewki), zajął pierwsze miejsce, uzyskując przewagę 26 minut nad drugim na mecie. Wygrał też trzy mordercze górskie etapy z rzędu  (13., 14. i 15.). To jedno z najbardziej nie-zwykłych osiągnięć w kolarstwie światowym. Włosi przyjęli triumf rodaka z prawdziwą euforią. W parlamencie trwała akurat burzliwa dysputa, a komuniści szykowali się do wszczęcia rewolty, gdy wbiegł sekretarz z wiadomością, że Bartali wygrał. Natychmiast zapomniano o różnicach politycznych. Posłowie, bez względu na opcję, ściskali się i obejmowali. Wiwatom nie było końca. Tego samego dnia obudził się ze śpiączki ranny Togliatti. Kryzys został zażegnany. Po latach wielokrotny premier Włoch Giulio Andreotti – indagowany w tej sprawie – odpowiedział, że byłoby przesadą twierdzenie, iż dzięki zwycięstwu Bartalego Włochy uniknęły wojny domowej, ale jego sukces na pewno uspokoił rozgrzane głowy.

BOSKI CYKLISTA

Do rangi mitu urosła też rywalizacja Bartalego z młodszym o pięć lat Fausto Coppim. Dziennikarze powtarzali, że każdemu z nich bardziej zależało na pokonaniu konkurenta niż na zwycięstwie w wyścigu. Byli do siebie niepodobni. Uwikłany w skandale obyczajowe Coppi używał życia. Zmarł młodo, mając 40 lat. Bartali dożył sędziwego wieku 86 lat. Od początku swej kariery Gino różnił się od większości kolegów. Był nie na czasie. Śmiali się z niego, że jest bigotem: gdy oni brylowali w towarzystwie i uwodzili piękne kobiety, on całował relikwie. Zaczynał dzień od modlitwy, chodził do kościoła, nosił w klapie znaczek Akcji Katolickiej, do której zapisał się jako 10-latek, a w wieku 22 lat został karmelitańskim tercjarzem. Bartali wywodził się z wierzącej rodziny i choć wokół wszystko się zmieniało, wbrew popularnym doktrynom (najpierw faszystowskiej, później komunistycznej) pozo-stał wierny katolickim korzeniom.

Prasa nazywała go boskim cyklistą, mistykiem na rowerze, chrześcijańskim kolarzem. Najbardziej przylgnął do niego przydomek „pio” – pobożny. Orio Vergani, dziennikarz gazety „Corriere della Sera”, w 1937 r. w relacji z Giro d’Italia napisał: „Nigdy wśród publiczności nie było tylu starych księży z trójkolorowymi chorągiewkami w ręce, tylu młodych zakonników i ministrantów cierpliwie czekających pod drzewami na przejazd peletonu, tylu seminarzystów i tylu zakonnic bijących brawo”. Gdy namawiano Bartalego, aby swe zwycięstwo w Tour de France w 1938 r. zadedykował Mussoliniemu, odmówił. Koszulkę lidera z numerem 13 ofiarował św. Teresie od Jezusa, którą otaczał szczególną czcią. Bartali w jednym z wywiadów powie-dział, że jako chłopiec patrzył na asów kolarstwa (jego idolem był Ottavio Bottecchia, który w 1924 r. cały Tour de France przejechał w żółtej koszulce lidera) jak na mitycznych bohaterów. Rozpoczynał karierę w epoce kolarstwa romantycznego. W czasach kiedy podczas wyścigów, nie schodząc z roweru, rozbijał na ramie sześć jajek, wypijał żółtka i dzięki temu nabierał sił do dalszej jazdy. Nie wszystkie zmiany w tej dyscyplinie sportu mu się podobały: nie potrafił pogodzić się z szerzącym się dopingiem, który pojawił się już podczas jego zawodowej kariery.

Komentarze